Marcel Moss „Schron”

Ostatnio czytałam kilka thrillerów, więc nieco wyrwałam się z mojej bańki komedii romantycznych i zanurzyłam w świecie przemocy. Ale i tak to, co działo się na kartach powieści Marcela Mossa mocno mną wstrząsnęło, nie byłam na to gotowa. Ile tam czaiło się zła!
„Schron” to trzecia część (i jak się domyślam po zakończeniu, nie ostatnia) serii z policjantem Samborem Malczewskim i jego nieokiełznanym psem Terrorem. Nie czytałam poprzednich tomów, więc może dlatego główny bohater nie dostał jeszcze mojej pełnej sympatii i ciągle zastanawiam się, jak go ocenić. Jest gwałtowny, buntowniczy, niepoukładany, ale bez wątpienia stoi po dobrej stronie prawa. Dlatego tak bardzo przeżywa to, co dzieje się w niewielkim Runowie – miasteczku, do którego wrócił po wielu latach, mocno skrzywdzony przez życie. Im dłużej myślę o Samborze, tym bardziej widzę jego wiele cech wspólnych z Terrorem. Ale to podobno nic dziwnego w relacji człowiek-pies.
Historia zaczyna się dwadzieścia lat wcześniej, od podwójnego morderstwa, które wstrząsnęło lokalną społecznością. I którego sprawca długo ukrywał się przed policją – co wiązało się z nieszczęściem, które sprowadził na kolejną rodzinę. Strasznie było czytać o mężczyźnie, który był w stanie zamordować swoich bliskich. Był bezlitosnym potworem z sąsiedztwa. Kiedy kolejne rozdziały z obecnych czasów przeplatane były z tymi z przeszłości, żyłam z irracjonalną nadzieją, że w końcu okaże się, że jego ofiarom udało się wyjść cało z jego morderczej pułapki. Ale stopniowo pozbywałam się złudzeń. I byłam coraz bardziej zdruzgotana tym, czego się dopuścił.
Autor jednak nie miał litości dla czytelnika, wciąż dostarczał mi nowych wrażeń. Obecne czasy, w których Sambor był głównym bohaterem, również obfitowały w złe emocje. Zaginięcie rodziny z dziećmi. Lokalny mafioso wymuszający współpracę, obsadzający komendę swoimi ludźmi, nie wyrażający zgody na zatrzymanie wysoko postawionych podejrzanych. To frustrowało zarówno głównego bohatera, jak i mnie. To poczucie bezsilności, myśl, że jedynym wyjściem z tego bałaganu może być ucieczka. Ale Sambor już raz uciekł i nie chce znów się poddawać, znów zaczynać wszystkiego od nowa.
I tak do końca nadal nie wiem, na ile podobał mi się „Schron”. Na pewno budził emocje, dużo negatywnych emocji, a lubię kiedy czytana historia nie pozwala mi na bycie obojętną. Tu wierciłam się, chciałam odkładać książkę, uciekać, zamiast głównego bohatera, od niewygodnej sytuacji. Z drugiej strony, Sambor nie był moim ulubieńcem. Tylko zastanawiałam się, czy to nie zabrakło mi tu kontekstu i nieznajomość jego poprzednich losów, nie zaburzała mojej oceny.
Na pewno przy tej książce nie można się nudzić, co do reszty, jak przeczytam kolejną książkę z tym duetem, dam znać.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Filia.
